Wszystkiego NAJlepszego w Nowym Roku! Obiecuję, że już niedługo postaram się wrócić! Właśnie nad czymś pracuję, więc mam nadzieję, że już niedługo to skończę ;)
Wszystkiego dobrego kochani! <3333 ;*
czwartek, 31 grudnia 2015
wtorek, 31 marca 2015
Prośby
Kochani!
Na początku chciałabym Was przeprosić, ale niedługo mam egzaminy gimnazjalne, więc prosiłabym o zrozumienie, iż nie mam czasu na bloga.
A teraz proszę Was: czy moglibyście napisać w komentarzach o czym chcecie opowiadania? :) Jedno już wiem: o D'joku i Sonny'm. :D Jakieś jeszcze prośby? ;) Piszcie śmiało! :D
A! I jeśli się nudzicie to zapraszam na mojego innego bloga: http://pierwszyblogjess.blogspot.com/
Do napisania! <3 ;*
Na początku chciałabym Was przeprosić, ale niedługo mam egzaminy gimnazjalne, więc prosiłabym o zrozumienie, iż nie mam czasu na bloga.
A teraz proszę Was: czy moglibyście napisać w komentarzach o czym chcecie opowiadania? :) Jedno już wiem: o D'joku i Sonny'm. :D Jakieś jeszcze prośby? ;) Piszcie śmiało! :D
A! I jeśli się nudzicie to zapraszam na mojego innego bloga: http://pierwszyblogjess.blogspot.com/
Do napisania! <3 ;*
czwartek, 5 lutego 2015
Początek przyjaźni
Jeśli ktoś jeszcze pamięta, iż ten blog istnieje to bardzo mi miło. :D
Błagam Was o wybaczenie i obiecuję, że spróbuję jeszcze w tym tygodniu napisać opowiadania, o które mnie prosiliście. ^.^ ;D
Nie jest to najlepsze opowiadanie, ale jest. ;)
Miłego czytania kochani! <3 :)
____________________________________________________________________________________________________________
Błagam Was o wybaczenie i obiecuję, że spróbuję jeszcze w tym tygodniu napisać opowiadania, o które mnie prosiliście. ^.^ ;D
Nie jest to najlepsze opowiadanie, ale jest. ;)
Miłego czytania kochani! <3 :)
____________________________________________________________________________________________________________
-
Czy ty mnie w ogóle słuchasz? – w pomieszczeniu rozległ się szorstki głos, w
którym dało się jednak wyczuć pobłażliwą nutę.
Uniósł
głowę.
-
W-wybacz panie. Zamyśliłem się – ostatnio często mu się to zdarzało. Zbyt
często.
-
Mówiłem ci to już setki razy i powtarzam po raz kolejny: żadnego „panie”.
Jestem Magnus. Tak? Tak. Tutaj nie ma żadnego „panie”. Wszyscy mówimy sobie po
imieniu. Jasne?
-
Tak jest pa… to znaczy… tak jest.
Magnus
przyjrzał się swojemu nowemu podwładnemu. Był rozkojarzony. Nawet bardzo. Ale
nie można mu się dziwić – nie po tym co przeszedł. Magnus spojrzał mu głęboko w
oczy. Tamten oczywiście już po chwili spuścił wzrok i lekko się zaczerwienił,
ale Magnusa to nie zdziwiło. Przyzwyczaił się już do takich reakcji. Przecież
był ważną osobistością.
-
Nieważne zresztą. Możesz już iść – powiedział po chwili namysłu. Wiedział, że
jego nowy podwładny i tak nie będzie go słuchał.
Tamten
uniósł zdziwiony głowę.
-
Naprawdę? – zapytał głupio.
-
Tak. Naprawdę – Magnus kiwnął głową. Po chwili machnął ręką w stronę drzwi. –
Idź już.
Jego
nowy podwładny posłusznie wstał i wyszedł bez jednego słowa pożegnania.
***
Leżał
na łóżku, przeznaczonym dla niego, z rękami pod głową i tępo wpatrywał się w
posłanie powyżej. Przed oczami wciąż widział obrazy, o których chciałby jak
najszybciej zapomnieć, wyrzucić na zawsze z pamięci. Zacisnął powieki, lecz to
nie pomogło. Nie, jednak nie. Jednego obrazu nie chciałby zapomnieć nigdy. Delphina.
Ona przez wiele lat była całym jego życiem. A teraz ją stracił. Stracił przez własną
głupotę. I to nie stracił tak, że odeszła do innego. Nie, on ją stracił na
zawsze. Niepowracalnie. Ona umarła. Te słowa cały czas przenikały przez
jego umysł, nie mogąc się nigdzie zagnieździć. Jeszcze to całkiem do niego nie
dotarło. Przecież nie mógł tak po prostu jej stracić! A jednak. A jednak
ją stracił. Stracił.
Jego
melancholijne rozmyślania przerwał alarm. Na początku nie wiedział o co chodzi.
Gdy jednak zobaczył, że wszyscy pospiesznie wybiegają z pomieszczenia, podniósł
się i podążył za nimi. Wybiegli ze statku i w grupie stali przed nim. Wokół
słychać było rozmowy. Nie wiedział co się dzieje, rozglądał się, ale widok
przesłaniali mu pozostali.
-
Co się dzieje? – zapytał w pewnym momencie.
-
Nie mam pojęcia – odpowiedział jakiś mężczyzna obok. Miał krótkie czarne włosy
i błękitne oczy. Był na oko jego rówieśnikiem.
-
Ktoś chyba widział roboty niedaleko – wyjaśnił ktoś z przodu. – Ale nie wiem
czy to prawda skoro bezczynnie tu stoimy.
-
Możliwe – przyznał błękitnooki mężczyzna. – Zresztą chyba już wracamy.
Miał
rację. Wszyscy powoli zawracali i smętnie wlekli się z powrotem do statku,
zawiedzeni brakiem akcji. On i błękitnooki mężczyzna również zawrócili i
poczęli zmierzać w kierunku swoich pomieszczeń.
-
No to to by było na tyle, jeśli chodzi o jakieś emocje dzisiejszego dnia –
parsknął mężczyzna. On spojrzał na niego z ukosa. Mu to się właściwie podobało.
Dopiero poniewczasie zorientował się, że wypowiedział te słowa na głos.
-
Doprawdy? – zdziwił się z lekka rozbawiony błękitnooki. Jego rozmówca spuścił
wzrok. – Zresztą nieważne – mężczyzna wyciągnął dłoń, którą drugi chwycił:
-
Corso.
-
I’son.
***
Tej
nocy jak zwykle dręczyły go koszmary. Rzucał się na swoim miejscu, ale jakoś
udało mu się nie krzyczeć. Już raz krzyczał w nocy, czym zarobił sobie
nieprzychylne i z lekka pogardliwe spojrzenia współlokatorów. Obudził się jak
zwykle w środku nocy, cały zlany potem. Przez chwilę leżał, ciężko dysząc.
Niewiele to pomogło, więc wstał i cicho wyszedł z pomieszczenia. Krążył po
korytarzach, nie mogąc znaleźć wyjścia. Gdy w końcu znalazł się na zewnątrz,
głęboko odetchnął. Podszedł parę kroków do przodu i napawał się chłodem nocy.
Wspominając wydarzenia, które przyczyniły się do jego pobytu tutaj, zaczął się
trząść. Nie z zimna, lecz z rozpaczy. Zamykając oczy, widział wybuchy, pościg, Delphinę.
Oczy mu zaszły łzami na jej wspomnienie. Widział strach, cierpienie na jej
twarzy. Widział jak bardzo się boi. I nie mógł nic zrobić. Nic. Nic, a nic by
jej pomóc. Nic, by ulżyć jej niedoli. Nic.
Potrząsnął
głową. „Otrząśnij się!” – krzyknął na siebie w myślach. Po chwili jednak
rozmyślania powróciły. I pojawiła się kolejna znajoma (niestety) twarz. Bleylock.
I’son zacisnął szczęki i pięści. Ten głupi generał jeszcze tego pożałuje.
Pożałuje, że mu odebrał ukochaną. Pożałuje! Ale jak? I’son spuścił głowę. Po chwili
go olśniło. Przecież jest piratem! Tak! To jest to! Jest piratem! I’son dumnie
uniósł głowę. Tak. Jest piratem. I jeszcze kiedyś zemści się na Bleylocku.
***
Gdy
mu powiedziano, że ma stawić się u Magnusa na chwilę go zmroziło. Myślał czy
zrobił coś czym mógłby go rozzłościć, ale nic nie znalazł. Chociaż w sumie
Magnus zapewne mógłby coś znaleźć. Na miękkich nogach zapukał do drzwi jego
„gabinetu”, a gdy usłyszał szorstkie „proszę”, ostrożnie uchylił drzwi.
-
To ja – oznajmił, nie bardzo wiedząc co innego mógłby powiedzieć.
Magnus
spojrzał na niego z ukosa.
-
Ach, to ty. Wejdź, proszę.
I’son
powoli wszedł głębiej do pomieszczenia i zamknął za sobą drzwi. W połowie
pomieszczenia przystanął, nie bardzo wiedząc co robić.
-
Usiądź – poprosił Magnus, nadal stojąc do niego plecami.
I’son
posłusznie usiadł na fotelu, stojącym przed biurkiem. Magnus jednak nadal stał.
-
Jak pewnie zauważyłeś, już zmieniliśmy ci wygląd – zaczął przywódca.
I’son
wzdrygnął się. Rzeczywiście zdążył już zauważyć. Gdy pierwszy raz zobaczył
nowego siebie, o mało co nie krzyknął. Niby podobny, ale mimo wszystko… inny.
-
Dlaczego to zrobiliście? – spytał.
Magnus
przyjrzał mu się.
-
Wiemy, że masz wrogów I’son. Tak łatwiej będzie ci pozostać niezauważonym przez
nich. Ale to jeszcze nie wszystko. Jesteś dosyć podobny do starego siebie.
Jeśli twoi wrogowie usłyszą, że ktoś zwraca się do ciebie ‘I’son’ od razu
skojarzą fakty.
-
Co proponujesz z tym zrobić?
-
Trzeba zmienić ci imię.
-
Ż-Że co? – pisnął I’son, ciut za głośno.
Magnus
uniósł brwi.
-
A co?
-
N-No bo ja… jestem tak jakby… przywiązany do swojego imienia – dokończył niezręcznie
były naukowiec.
-
A wolisz rozstać się z imieniem czy z życiem?
I’son
zamilkł. Musiał przyznać, że argumenty jego przełożonego mają sens. Mimo
wszystko to było dla niego za wiele. Jego życie za szybko diametralnie się
zmieniło, nie był na to przygotowany.
Trwała
chwila milczenia, którą przerwał młody pirat:
-
To co proponujesz?
-
Myślę, że nadawałby się ‘Sonny’.
***
Sonny
przesuwał worki w głównej sali. Nie wiedział zbytnio co się w nich znajdowało,
lecz nauczył się już, iż czasem lepiej nie dociekać. Odłożył kolejny worek i
otarł pot z czoła. Te worki były ciężkie i było ich dużo, a on pracował już od
około godziny. Rozejrzał się po sali. Wokół uwijali się piraci, każdy zajmował
się wyznaczonym sobie zadaniem i nie miał czasu na odpoczynek.
-
I’son!
Sonny
wzdrygnął się na dźwięk swojego dawnego imienia i nerwowo rozejrzał. W końcu ujrzał
Corso, idącego w jego stronę. Natychmiast podbiegł do niego i uciszył.
-
Proszę, nie nazywaj mnie tak – powiedział nerwowym szeptem.
-
Dlaczego? – zdziwił się błękitnooki.
-
Bo to już nie jest moje imię. Teraz jestem Sonny. Sonny Blackbones – Sonny
teatralnym gestem wyciągnął dłoń, którą nadal z lekka zszokowany Corso,
uścisnął.
-
Corso – odpowiedział machinalnie.
Sonny
cofnął dłoń.
-
A więc. Co chciałeś?
Młody
pirat otrząsnął się i na powrót uśmiech wykwitł na jego twarzy.
-
Chciałem cię zapytać czy poszedłbyś z nami za godzinę na zwiad.
-
Ja?
Corso
z zapałem pokiwał głową.
-
Tak. Ty. Jest nas czwórka, ale nie zaszkodzi, jeśli będzie piątka.
Sonny
wahał się chwilę.
-
Noo. Dobra.
***
Sonny
szybko uporał się z resztą worków i jak najszybciej pobiegł się przygotować.
Szczerze powiedziawszy niezbyt wiedział, co powinien zabrać. Wziął więc tylko
broń i wybiegł przed statek. Reszta już tam była.
Corso
pierwszy go zauważył.
-
O, witaj Sonny – powiedział z szerokim uśmiechem na ustach. – Poznaj resztę.
Wysoki
blondyn wyciągnął ku niemu rękę.
-
Dave.
Sonny
uścisnął jego dłoń. Następnie pozostała dwójka postąpiła tak samo, przedstawiając
się przy okazji.
-
Jake.
-
Tom.
-
No dobra, to idziemy – zarządził Corso.
Po
tych słowach cała piątka ruszyła w stronę lasu. Szli cicho, nie rozmawiając.
Jakieś pół godziny od wyruszenia Dave zatrzymał wszystkich. Pozostała czwórka
spojrzała na niego z niezrozumieniem. On jednak tylko dał im znak, by byli
cicho i pokręcił głową. Podszedł lekko do przodu przez otaczający ich gąszcz i
w następnej chwili… oberwał w głowę. Jego ciało upadło bezwładnie na ziemię, a kompani
krzyknęli z przestrachem. Nie mieli dużo czasu na zastanowienia, bo zostali
zaatakowani i brutalnie rozdzieleni. Sonny wpadł w panikę, bo tak naprawdę nie
umiał walczyć. Machnął na oślep ręką i chyba z powodzeniem, bo poczuł, że w coś
uderzył, a w następnej chwili usłyszał jęk bólu. Wyswobodził się z uścisku, a
gdy ujrzał swego wroga, zaserwował mu prawego sierpowego prosto w twarz. Tamten
zatoczył się w tył, a Sonny postanowił wykorzystać dezorientację przeciwnika i
podciął mu nogi. Młody pirat wyciągnął pistolet i wycelował w brzuch swojego
wroga. Nie był jednak w stanie strzelić, więc z zaskakującą dla siebie
szybkością, wziął kawałek drewna leżący obok siebie i pozbawił nim przeciwnika
przytomności. Następnie rozejrzał się, a adrenalina wciąż krążyła w jego
żyłach. Oddech miał przyspieszony, tak samo jak tętno. Niedaleko od siebie
usłyszał jakieś odgłosy, więc natychmiast tam pobiegł. Gdy wybiegł, zobaczył
przerażający widok. Na ziemi, parę metrów od niego, leżał Corso z krwawiącą
głową, a nad nim stał przeciwnik z wycelowaną w pirata bronią. Sonny
zesztywniał. Na jego czole pojawiły się kropelki potu. Widział, że przeciwnik
zaraz wystrzeli. Widział, że Corso nie ma jak się bronić. Drżącą ręką uniósł
broń. Nie. Nie jest w stanie strzelić. Nie może… Delphina. „Nie byłeś w stanie obronić jej, to obroń jego, idioto” –
pomyślał. Po czym nacisnął spust.
Następnie
wszystko się potoczyło dosyć szybko. Przeciwnik zawył z bólu i wypuścił broń z
ręki. Corso szybko zorientował się o swojej szansie i natychmiast powalił
przeciwnika. Po chwili, jakby znikąd, pojawili się Dave, Jake oraz Tom i
pomogli pokonać ostatniego z napastników. Po chwili cała trójka poszła szukać
jego wspólników, a Sonny na sztywnych nogach podszedł do Corso. Ten spojrzał na
niego i z lekka się uśmiechnął. Przy krwawiącej nadal głowie trzymał kawałek
materiału.
-
Dziękuję – powiedział.
Sonny
potrząsnął głową.
-
Nie ma za co – rzekł ochrypłym głosem.
Corso
zmrużył oczy i pokręcił głową.
-
Och, no jasne. Tylko przed chwilą uratowałeś mi życie. To przecież nic takiego.
To chyba niezły początek przyjaźni, nie sądzisz? – dokończył po chwili przerwy.
Na
twarzy Sonny’ego powoli wykwitł uśmiech.
-
Chyba tak.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
