Wszystkiego NAJlepszego w Nowym Roku! Obiecuję, że już niedługo postaram się wrócić! Właśnie nad czymś pracuję, więc mam nadzieję, że już niedługo to skończę ;)
Wszystkiego dobrego kochani! <3333 ;*
GFstories
czwartek, 31 grudnia 2015
wtorek, 31 marca 2015
Prośby
Kochani!
Na początku chciałabym Was przeprosić, ale niedługo mam egzaminy gimnazjalne, więc prosiłabym o zrozumienie, iż nie mam czasu na bloga.
A teraz proszę Was: czy moglibyście napisać w komentarzach o czym chcecie opowiadania? :) Jedno już wiem: o D'joku i Sonny'm. :D Jakieś jeszcze prośby? ;) Piszcie śmiało! :D
A! I jeśli się nudzicie to zapraszam na mojego innego bloga: http://pierwszyblogjess.blogspot.com/
Do napisania! <3 ;*
Na początku chciałabym Was przeprosić, ale niedługo mam egzaminy gimnazjalne, więc prosiłabym o zrozumienie, iż nie mam czasu na bloga.
A teraz proszę Was: czy moglibyście napisać w komentarzach o czym chcecie opowiadania? :) Jedno już wiem: o D'joku i Sonny'm. :D Jakieś jeszcze prośby? ;) Piszcie śmiało! :D
A! I jeśli się nudzicie to zapraszam na mojego innego bloga: http://pierwszyblogjess.blogspot.com/
Do napisania! <3 ;*
czwartek, 5 lutego 2015
Początek przyjaźni
Jeśli ktoś jeszcze pamięta, iż ten blog istnieje to bardzo mi miło. :D
Błagam Was o wybaczenie i obiecuję, że spróbuję jeszcze w tym tygodniu napisać opowiadania, o które mnie prosiliście. ^.^ ;D
Nie jest to najlepsze opowiadanie, ale jest. ;)
Miłego czytania kochani! <3 :)
____________________________________________________________________________________________________________
Błagam Was o wybaczenie i obiecuję, że spróbuję jeszcze w tym tygodniu napisać opowiadania, o które mnie prosiliście. ^.^ ;D
Nie jest to najlepsze opowiadanie, ale jest. ;)
Miłego czytania kochani! <3 :)
____________________________________________________________________________________________________________
-
Czy ty mnie w ogóle słuchasz? – w pomieszczeniu rozległ się szorstki głos, w
którym dało się jednak wyczuć pobłażliwą nutę.
Uniósł
głowę.
-
W-wybacz panie. Zamyśliłem się – ostatnio często mu się to zdarzało. Zbyt
często.
-
Mówiłem ci to już setki razy i powtarzam po raz kolejny: żadnego „panie”.
Jestem Magnus. Tak? Tak. Tutaj nie ma żadnego „panie”. Wszyscy mówimy sobie po
imieniu. Jasne?
-
Tak jest pa… to znaczy… tak jest.
Magnus
przyjrzał się swojemu nowemu podwładnemu. Był rozkojarzony. Nawet bardzo. Ale
nie można mu się dziwić – nie po tym co przeszedł. Magnus spojrzał mu głęboko w
oczy. Tamten oczywiście już po chwili spuścił wzrok i lekko się zaczerwienił,
ale Magnusa to nie zdziwiło. Przyzwyczaił się już do takich reakcji. Przecież
był ważną osobistością.
-
Nieważne zresztą. Możesz już iść – powiedział po chwili namysłu. Wiedział, że
jego nowy podwładny i tak nie będzie go słuchał.
Tamten
uniósł zdziwiony głowę.
-
Naprawdę? – zapytał głupio.
-
Tak. Naprawdę – Magnus kiwnął głową. Po chwili machnął ręką w stronę drzwi. –
Idź już.
Jego
nowy podwładny posłusznie wstał i wyszedł bez jednego słowa pożegnania.
***
Leżał
na łóżku, przeznaczonym dla niego, z rękami pod głową i tępo wpatrywał się w
posłanie powyżej. Przed oczami wciąż widział obrazy, o których chciałby jak
najszybciej zapomnieć, wyrzucić na zawsze z pamięci. Zacisnął powieki, lecz to
nie pomogło. Nie, jednak nie. Jednego obrazu nie chciałby zapomnieć nigdy. Delphina.
Ona przez wiele lat była całym jego życiem. A teraz ją stracił. Stracił przez własną
głupotę. I to nie stracił tak, że odeszła do innego. Nie, on ją stracił na
zawsze. Niepowracalnie. Ona umarła. Te słowa cały czas przenikały przez
jego umysł, nie mogąc się nigdzie zagnieździć. Jeszcze to całkiem do niego nie
dotarło. Przecież nie mógł tak po prostu jej stracić! A jednak. A jednak
ją stracił. Stracił.
Jego
melancholijne rozmyślania przerwał alarm. Na początku nie wiedział o co chodzi.
Gdy jednak zobaczył, że wszyscy pospiesznie wybiegają z pomieszczenia, podniósł
się i podążył za nimi. Wybiegli ze statku i w grupie stali przed nim. Wokół
słychać było rozmowy. Nie wiedział co się dzieje, rozglądał się, ale widok
przesłaniali mu pozostali.
-
Co się dzieje? – zapytał w pewnym momencie.
-
Nie mam pojęcia – odpowiedział jakiś mężczyzna obok. Miał krótkie czarne włosy
i błękitne oczy. Był na oko jego rówieśnikiem.
-
Ktoś chyba widział roboty niedaleko – wyjaśnił ktoś z przodu. – Ale nie wiem
czy to prawda skoro bezczynnie tu stoimy.
-
Możliwe – przyznał błękitnooki mężczyzna. – Zresztą chyba już wracamy.
Miał
rację. Wszyscy powoli zawracali i smętnie wlekli się z powrotem do statku,
zawiedzeni brakiem akcji. On i błękitnooki mężczyzna również zawrócili i
poczęli zmierzać w kierunku swoich pomieszczeń.
-
No to to by było na tyle, jeśli chodzi o jakieś emocje dzisiejszego dnia –
parsknął mężczyzna. On spojrzał na niego z ukosa. Mu to się właściwie podobało.
Dopiero poniewczasie zorientował się, że wypowiedział te słowa na głos.
-
Doprawdy? – zdziwił się z lekka rozbawiony błękitnooki. Jego rozmówca spuścił
wzrok. – Zresztą nieważne – mężczyzna wyciągnął dłoń, którą drugi chwycił:
-
Corso.
-
I’son.
***
Tej
nocy jak zwykle dręczyły go koszmary. Rzucał się na swoim miejscu, ale jakoś
udało mu się nie krzyczeć. Już raz krzyczał w nocy, czym zarobił sobie
nieprzychylne i z lekka pogardliwe spojrzenia współlokatorów. Obudził się jak
zwykle w środku nocy, cały zlany potem. Przez chwilę leżał, ciężko dysząc.
Niewiele to pomogło, więc wstał i cicho wyszedł z pomieszczenia. Krążył po
korytarzach, nie mogąc znaleźć wyjścia. Gdy w końcu znalazł się na zewnątrz,
głęboko odetchnął. Podszedł parę kroków do przodu i napawał się chłodem nocy.
Wspominając wydarzenia, które przyczyniły się do jego pobytu tutaj, zaczął się
trząść. Nie z zimna, lecz z rozpaczy. Zamykając oczy, widział wybuchy, pościg, Delphinę.
Oczy mu zaszły łzami na jej wspomnienie. Widział strach, cierpienie na jej
twarzy. Widział jak bardzo się boi. I nie mógł nic zrobić. Nic. Nic, a nic by
jej pomóc. Nic, by ulżyć jej niedoli. Nic.
Potrząsnął
głową. „Otrząśnij się!” – krzyknął na siebie w myślach. Po chwili jednak
rozmyślania powróciły. I pojawiła się kolejna znajoma (niestety) twarz. Bleylock.
I’son zacisnął szczęki i pięści. Ten głupi generał jeszcze tego pożałuje.
Pożałuje, że mu odebrał ukochaną. Pożałuje! Ale jak? I’son spuścił głowę. Po chwili
go olśniło. Przecież jest piratem! Tak! To jest to! Jest piratem! I’son dumnie
uniósł głowę. Tak. Jest piratem. I jeszcze kiedyś zemści się na Bleylocku.
***
Gdy
mu powiedziano, że ma stawić się u Magnusa na chwilę go zmroziło. Myślał czy
zrobił coś czym mógłby go rozzłościć, ale nic nie znalazł. Chociaż w sumie
Magnus zapewne mógłby coś znaleźć. Na miękkich nogach zapukał do drzwi jego
„gabinetu”, a gdy usłyszał szorstkie „proszę”, ostrożnie uchylił drzwi.
-
To ja – oznajmił, nie bardzo wiedząc co innego mógłby powiedzieć.
Magnus
spojrzał na niego z ukosa.
-
Ach, to ty. Wejdź, proszę.
I’son
powoli wszedł głębiej do pomieszczenia i zamknął za sobą drzwi. W połowie
pomieszczenia przystanął, nie bardzo wiedząc co robić.
-
Usiądź – poprosił Magnus, nadal stojąc do niego plecami.
I’son
posłusznie usiadł na fotelu, stojącym przed biurkiem. Magnus jednak nadal stał.
-
Jak pewnie zauważyłeś, już zmieniliśmy ci wygląd – zaczął przywódca.
I’son
wzdrygnął się. Rzeczywiście zdążył już zauważyć. Gdy pierwszy raz zobaczył
nowego siebie, o mało co nie krzyknął. Niby podobny, ale mimo wszystko… inny.
-
Dlaczego to zrobiliście? – spytał.
Magnus
przyjrzał mu się.
-
Wiemy, że masz wrogów I’son. Tak łatwiej będzie ci pozostać niezauważonym przez
nich. Ale to jeszcze nie wszystko. Jesteś dosyć podobny do starego siebie.
Jeśli twoi wrogowie usłyszą, że ktoś zwraca się do ciebie ‘I’son’ od razu
skojarzą fakty.
-
Co proponujesz z tym zrobić?
-
Trzeba zmienić ci imię.
-
Ż-Że co? – pisnął I’son, ciut za głośno.
Magnus
uniósł brwi.
-
A co?
-
N-No bo ja… jestem tak jakby… przywiązany do swojego imienia – dokończył niezręcznie
były naukowiec.
-
A wolisz rozstać się z imieniem czy z życiem?
I’son
zamilkł. Musiał przyznać, że argumenty jego przełożonego mają sens. Mimo
wszystko to było dla niego za wiele. Jego życie za szybko diametralnie się
zmieniło, nie był na to przygotowany.
Trwała
chwila milczenia, którą przerwał młody pirat:
-
To co proponujesz?
-
Myślę, że nadawałby się ‘Sonny’.
***
Sonny
przesuwał worki w głównej sali. Nie wiedział zbytnio co się w nich znajdowało,
lecz nauczył się już, iż czasem lepiej nie dociekać. Odłożył kolejny worek i
otarł pot z czoła. Te worki były ciężkie i było ich dużo, a on pracował już od
około godziny. Rozejrzał się po sali. Wokół uwijali się piraci, każdy zajmował
się wyznaczonym sobie zadaniem i nie miał czasu na odpoczynek.
-
I’son!
Sonny
wzdrygnął się na dźwięk swojego dawnego imienia i nerwowo rozejrzał. W końcu ujrzał
Corso, idącego w jego stronę. Natychmiast podbiegł do niego i uciszył.
-
Proszę, nie nazywaj mnie tak – powiedział nerwowym szeptem.
-
Dlaczego? – zdziwił się błękitnooki.
-
Bo to już nie jest moje imię. Teraz jestem Sonny. Sonny Blackbones – Sonny
teatralnym gestem wyciągnął dłoń, którą nadal z lekka zszokowany Corso,
uścisnął.
-
Corso – odpowiedział machinalnie.
Sonny
cofnął dłoń.
-
A więc. Co chciałeś?
Młody
pirat otrząsnął się i na powrót uśmiech wykwitł na jego twarzy.
-
Chciałem cię zapytać czy poszedłbyś z nami za godzinę na zwiad.
-
Ja?
Corso
z zapałem pokiwał głową.
-
Tak. Ty. Jest nas czwórka, ale nie zaszkodzi, jeśli będzie piątka.
Sonny
wahał się chwilę.
-
Noo. Dobra.
***
Sonny
szybko uporał się z resztą worków i jak najszybciej pobiegł się przygotować.
Szczerze powiedziawszy niezbyt wiedział, co powinien zabrać. Wziął więc tylko
broń i wybiegł przed statek. Reszta już tam była.
Corso
pierwszy go zauważył.
-
O, witaj Sonny – powiedział z szerokim uśmiechem na ustach. – Poznaj resztę.
Wysoki
blondyn wyciągnął ku niemu rękę.
-
Dave.
Sonny
uścisnął jego dłoń. Następnie pozostała dwójka postąpiła tak samo, przedstawiając
się przy okazji.
-
Jake.
-
Tom.
-
No dobra, to idziemy – zarządził Corso.
Po
tych słowach cała piątka ruszyła w stronę lasu. Szli cicho, nie rozmawiając.
Jakieś pół godziny od wyruszenia Dave zatrzymał wszystkich. Pozostała czwórka
spojrzała na niego z niezrozumieniem. On jednak tylko dał im znak, by byli
cicho i pokręcił głową. Podszedł lekko do przodu przez otaczający ich gąszcz i
w następnej chwili… oberwał w głowę. Jego ciało upadło bezwładnie na ziemię, a kompani
krzyknęli z przestrachem. Nie mieli dużo czasu na zastanowienia, bo zostali
zaatakowani i brutalnie rozdzieleni. Sonny wpadł w panikę, bo tak naprawdę nie
umiał walczyć. Machnął na oślep ręką i chyba z powodzeniem, bo poczuł, że w coś
uderzył, a w następnej chwili usłyszał jęk bólu. Wyswobodził się z uścisku, a
gdy ujrzał swego wroga, zaserwował mu prawego sierpowego prosto w twarz. Tamten
zatoczył się w tył, a Sonny postanowił wykorzystać dezorientację przeciwnika i
podciął mu nogi. Młody pirat wyciągnął pistolet i wycelował w brzuch swojego
wroga. Nie był jednak w stanie strzelić, więc z zaskakującą dla siebie
szybkością, wziął kawałek drewna leżący obok siebie i pozbawił nim przeciwnika
przytomności. Następnie rozejrzał się, a adrenalina wciąż krążyła w jego
żyłach. Oddech miał przyspieszony, tak samo jak tętno. Niedaleko od siebie
usłyszał jakieś odgłosy, więc natychmiast tam pobiegł. Gdy wybiegł, zobaczył
przerażający widok. Na ziemi, parę metrów od niego, leżał Corso z krwawiącą
głową, a nad nim stał przeciwnik z wycelowaną w pirata bronią. Sonny
zesztywniał. Na jego czole pojawiły się kropelki potu. Widział, że przeciwnik
zaraz wystrzeli. Widział, że Corso nie ma jak się bronić. Drżącą ręką uniósł
broń. Nie. Nie jest w stanie strzelić. Nie może… Delphina. „Nie byłeś w stanie obronić jej, to obroń jego, idioto” –
pomyślał. Po czym nacisnął spust.
Następnie
wszystko się potoczyło dosyć szybko. Przeciwnik zawył z bólu i wypuścił broń z
ręki. Corso szybko zorientował się o swojej szansie i natychmiast powalił
przeciwnika. Po chwili, jakby znikąd, pojawili się Dave, Jake oraz Tom i
pomogli pokonać ostatniego z napastników. Po chwili cała trójka poszła szukać
jego wspólników, a Sonny na sztywnych nogach podszedł do Corso. Ten spojrzał na
niego i z lekka się uśmiechnął. Przy krwawiącej nadal głowie trzymał kawałek
materiału.
-
Dziękuję – powiedział.
Sonny
potrząsnął głową.
-
Nie ma za co – rzekł ochrypłym głosem.
Corso
zmrużył oczy i pokręcił głową.
-
Och, no jasne. Tylko przed chwilą uratowałeś mi życie. To przecież nic takiego.
To chyba niezły początek przyjaźni, nie sądzisz? – dokończył po chwili przerwy.
Na
twarzy Sonny’ego powoli wykwitł uśmiech.
-
Chyba tak.
środa, 31 grudnia 2014
Szczęśliwego Nowego Roku!
Witam!
Kochani! Szczęśliwego Nowego Roku, wszystkiego dobrego, spełnienia marzeń, wszystkiego, wszystkiego co najlepsze, dużo książek, czasu, miłości, przyjaźni, zdrowia, pomyślności, szczęścia, dobrych ocen i tak dalej, i tak dalej. Naprawdę z całego serca życzę Wam jak najlepiej w nadchodzących 2015 roku. :D I błogosławieństwa bożego na każdy dzień. <3
Do napisania w następnym roku! ;**** <3333
P.S. Obiecuje, że niedługo postaram się coś wstawić. ;)
Kochani! Szczęśliwego Nowego Roku, wszystkiego dobrego, spełnienia marzeń, wszystkiego, wszystkiego co najlepsze, dużo książek, czasu, miłości, przyjaźni, zdrowia, pomyślności, szczęścia, dobrych ocen i tak dalej, i tak dalej. Naprawdę z całego serca życzę Wam jak najlepiej w nadchodzących 2015 roku. :D I błogosławieństwa bożego na każdy dzień. <3
Do napisania w następnym roku! ;**** <3333
P.S. Obiecuje, że niedługo postaram się coś wstawić. ;)
sobota, 8 listopada 2014
Porwany
Hejka hej <3
Jejciuuuuuuuuuuuuuuu, kochani, nawet nie wiecie jak mnie podbudowaliście!!! <3 I komentarzami i wejściami. <3
DZIĘKUJĘ BARDZO! <3 <3
A teraz takie opowiadanko o (hmmm, ciekawe o kim) D'joku. :D (wiem, tytuł nie najlepszy ;/)
A, i może powiem coś o moich upodobaniach GF-owych.:
1) Kocham D'joka.
2) Kocham Sonny'ego.
3) Kocham Piratów.
4) Kocham związek D'joka i Mei.
5) A, no i Mei też bardzo lubię. :D
Jak coś jeszcze mi się przypomni, to napiszę potem. ;)
Mam nadzieję, że się spodoba. ;) Miłego czytania kochani! ;*
Jejciuuuuuuuuuuuuuuu, kochani, nawet nie wiecie jak mnie podbudowaliście!!! <3 I komentarzami i wejściami. <3
DZIĘKUJĘ BARDZO! <3 <3
A teraz takie opowiadanko o (hmmm, ciekawe o kim) D'joku. :D (wiem, tytuł nie najlepszy ;/)
A, i może powiem coś o moich upodobaniach GF-owych.:
1) Kocham D'joka.
2) Kocham Sonny'ego.
3) Kocham Piratów.
4) Kocham związek D'joka i Mei.
5) A, no i Mei też bardzo lubię. :D
Jak coś jeszcze mi się przypomni, to napiszę potem. ;)
Mam nadzieję, że się spodoba. ;) Miłego czytania kochani! ;*
_______________________________________________________________________________________________________________________________
D’jok obudził się ze
straszliwym bólem głowy. Jęknął i przez chwilę nie otwierał oczu. Bał się co
mógłby zobaczyć. Powoli wszystko sobie przypominał. Micro Ice’a śpiewającego
pod prysznicem. Dzwonek do drzwi. Robota, który go zaatakował. Potworny ból
głowy. D’jok mocniej zacisnął powieki. Po chwili wahania lekko uchylił jedną z
nich. Zobaczył sufit i słabe światło. Otworzył także drugie oko. Wtedy ujrzał w
pełni miejsce, w którym się znajdował. Było to nieduże pomieszczenie z
mrugającą co jakiś czas świetlówką. D’jok podniósł się na łokciach i ostrożnie
rozejrzał. Pomieszczenie rzeczywiście nie było duże, miało także nieregularny kształt. Naprzeciwko
znajdowały się drzwi. D’jok delikatnie wstał, jednak wtedy powrócił potworny
ból głowy i chłopak z jękiem upadł na kolano. Odczekał chwilę, po czym podjął
próbę wstania. Na chwiejnych nogach podszedł do drzwi i spróbował je otworzyć.
Oczywiście były zamknięte. D’jok naparł na nie całym ciałem, jednak te nie
ustąpiły. Wtedy począł w nie walić. Na początku słabo, potem coraz mocniej. Po
jakimś czasie dołączył również krzyk. W każde uderzenie dawał całą swoją
frustrację, swój strach, swoją niepewność. Jednak drzwi nie ustąpiły. Po paru
minutach D’jok zaprzestał daremnych prób wydostania się i opadł na ziemię.
Oparł się plecami o drzwi i zaczął płakać z bezradności. Całe jego ciało
przenikał strach, który był wyczuwalny niemalże w całym pomieszczeniu. Serce D’joka
było przepełnione bólem, wywołanym przez niepewność i frustrację, które z każdą
minutą coraz bardziej rozrastały się w jego umyśle. Był sparaliżowany przez
nieprzychylne emocje, nad którymi nie był w stanie zapanować. Nie wiedział,
która godzina, lecz powoli ogarniało go zmęczenie. Mimo to nie mógł zasnąć.
D’jok wstał i chwiejnym krokiem podszedł do ściany naprzeciwko. Położył się na
ziemi, zwijając w kłębek. Nadal było słychać cichy szloch. Chłopak stwierdził,
że musi przemyśleć całą tę sytuację. Został porwany – to nie ulegało
wątpliwości. Ale przez kogo? D’jok musiał się chwilę zastanowić. Przez robota.
A robot został wysłany przez… Bleylock. To imię pojawiło się w umyśle D’joka
nagle, jak błyskawica, i przeszyło całe jego ciało niczym prąd. Głośno jęknął i
mocniej zaszlochał. Skoro Bleylock go porwał to znaczy, że będzie chciał dopaść
Sonny’ego… „Tatę” – poprawił się w myślach D’jok. – „On jest twoim ojcem”.
Bleylock będzie chciał dopaść tatę,
a skoro chce go dopaść to znaczy, że… będzie chciał odebrać mu metafluxa.
Dochodzenie do prawdy było dla D’joka bolesne, jednak stwierdził, że musi to
zrobić, by lepiej zrozumieć sytuację. Bleylock go porwał, bo chciał zwabić
Sonny’ego z metafluxem do siebie. Na pewno będzie go szantażował… Ale jak?
D’jok wiedział, że Sonny wyleciał z metafluxem, jeszcze w czasie trwania ich
półfinałowego meczu. Jak Bleylock miał zamiar przekazać mu wiadomość, że więzi
jego syna? D’jok nie miał pojęcia, lecz wiedział, że ktoś taki jak Bleylock
znajdzie sposób. Chłopak stwierdził, że musi przestać o tym myśleć. Spróbował
pomyśleć o meczu. Niestety pierwsza połowa przyćmiewała drugą. Do umysłu D’joka
wkradały się obrazy zderzających się Snow Kids, piłki w siatce za Ahito,
zmęczonych i zrezygnowanych twarzy kolegów z drużyny. Zacisnął mocniej powieki.
Przed oczami pojawił mu się obraz Micro Ice’a. Mimowolnie się uśmiechnął. Znał
Micro Ice’a od dziecka, wychowywali się razem, chodzili razem do przedszkola,
do szkoły. Wszędzie. Zaraz pojawił się kolejny miły obraz. Mei. Początkowo nią gardził,
ponieważ widział jak ona gardziła Micro Icem. Potem go oczarowała. Dopiero
poniewczasie zorientował się, że był tylko narzędziem w jej rękach, narzędziem,
dzięki któremu miała zostać napastniczką. Jednak potem zauważył jak się
zmieniła. Zaczęło jej zależeć na dobru drużyny, stała się miła i pomocna. D’jok
stwierdził, że już nie żywi wobec niej złych uczuć. Wręcz przeciwnie. Gdy wtedy
zemdlała… naprawdę się o nią martwił. Na szczęście wyzdrowiała. Nagle przed
oczami D’joka znowu pojawił się Micro Ice, tym razem z twarzą wykrzywioną
złością. „Twoja dobra passa się skończyła. Straciłeś najlepszego przyjaciela!”
– krzyknął. D'jok po raz kolejny głośno jęknął i ukrył twarz w dłoniach. Po chwili
je opuścił, otworzył oczy, a po chwili znowu je zamknął. Zaczął głęboko
oddychać. Jego oddech stał się urywany, gdy znów zaczął płakać. Pomyślał o
tacie. Ciekawe, czy już dostał wiadomość? A jeśli tak, to co robi? Leci po
niego? Olewa całą tę sprawę? A może nadal nie zdecydował co robić? D'jok przez
chwilę zastanawiał się czy chce, żeby ojciec przyleciał po niego. Jeśli to
zrobi siłą rzeczy odda Bleylockowi metaflux. A to z kolei najpewniej by
oznaczało zagładę całej galaktyki. Za to jeśli Sonny nie przyleci i zapewni
Bleylocka, że tego nie zrobi, wtedy... D'jokowi zmroziła się krew w żyłach na
myśl co wtedy mogłoby nastąpić – D'jok przestałby mu być potrzebny. A skoro tak
to... Chłopak zadrżał. Jednak chce, mimo wszystko chce, by ojciec po niego
przyleciał.
- Tato – wyszeptał D'jok ochrypłym głosem. - Tato, proszę. Przyleć
po mnie. Błagam cię przyleć. Przyleć po mnie...
D'jok cicho zaszlochał. Znowu ogarnęło go znużenie. Początkowo
chłopak opierał się, gdyż bał się zasnąć. Jednak potem stwierdził, że to nie ma
sensu. Sen powoli wziął go w swoje ramiona.
Oczywiście nie był to spokojny sen. Chłopaka cały czas dręczyły
koszmary. Rzucał się na podłodze, krzycząc przeraźliwie. Widział tatę
podającego sobie dłoń z Bleylockiem, a następnie rzucającego metafluxem w
stadion Genesis i mówiącego do D'joka: „To dla ciebie synu”, a innym razem
Bleylocka rzucającego metafluxem w przerażonego śmiertelnie tatę. Czasami
przewijały się też obrazy Snow Kids: Mei rzucającą w niego metaflux z drwiącym
uśmieszkiem, mówiąca: „Ależ oczywiście, że cię kocham D'jok”, Micro Ice'a
rzucającego metafluxem w Mei, która woła o pomoc, Clampa bawiącego się
metafluxem, a następnie jedzącego go, Aarcha rzucającego metafluxem w niestarającą
się drużynę.
D'jok obudził się cały zlany potem. Policzkiem dotykał chłodnej
podłogi. Nie wiedział ile spał, nie wiedział która godzina. W jego celi cały
czas panował półmrok. D'jok ostrożnie podniósł się do pozycji siedzącej i
rozejrzał. Na podłodze, jakiś metr od niego, leżała tacka z metalowym kubkiem i
kawałkiem chleba. D'jok nie miał pojęcia jakim sposobem się tu znalazła.
Podpełzł do niej i zajrzał do naczynia. W środku znajdowała się woda. Ostrożnie
wziął kubek w drżące ręce i upił łyk. Natychmiast jednak go odstawił i
zwymiotował. Zaczął kaszleć. Woda smakowała jak ścieki. D'jok wprawdzie nigdy
ich nie próbował, ale był przekonany, że tak właśnie smakują. Sięgnął po chleb
w nadziei zatuszowania okropnego smaku. Na próżno jednak. Pieczywo było twarde
jak kostka brukowa, a gdy chłopak spróbował je ugryźć, aż zabolała go szczęka.
Zrezygnowany odłożył chleb, odczołgał się od tacki i oparł plecami o ścianę. Po
policzku spłynęła mu pojedyncza łza. Powróciły strach, niepewność i
zrezygnowanie z dnia poprzedniego. A może to był ten sam dzień? D'jok nie miał
pojęcia. Jednak wiedział, że jeszcze trochę i psychicznie nie wytrzyma.
Pomyślał o ojcu. Fala sprzecznych uczuć uderzyła w niego z taką mocą, że aż
zgiął się wpół. Po policzkach pociekły mu łzy. Czy Sonny został już
poinformowany? Jeśli tak, to co zrobi? Zostawi go, porzuci? Czy może zaryzykuje
bezpieczeństwo całej galaktyki by go ratować?
„Nie myśl o tym, nie myśl o tym głupi...” - powtarzał sobie D'jok,
lecz bez skutku. Niepewność przeniknęła całe jego ciało, wędrując przez żyły,
by dotrzeć aż do głębi serca. Po co jego ojciec miałby po niego przychodzić?
Przecież dopiero niedawno się poznali. I w tym czasie miałby pokochać go tak
bardzo, by zaryzykować jego bezpieczeństwo za bezpieczeństwo całej galaktyki? Niemożliwe. Tylko takie słowo pasowało
D'jokowi jako odpowiedź na te wszystkie pytania. Zaczął płakać. Ponownie.
Wielkie łzy toczyły się po jego policzkach. Położył się na ziemi i zwinął w
kłębek. „Znajdź sobie inne zajęcie głupi!” - krzyczał na siebie w myślach. Po
paru minutach wstał i podszedł do tacki z „jedzeniem”. Wziął chleb i przyjrzał
mu się. Ostrożnie podniósł się z klęczek i podszedł do ściany. Przejechał po
niej pieczywem, zostawiając rysę. Uśmiechnął się nieznacznie. Zaczął rysować
plątaniny kresek i kółek. Wychodziły mu różne dziwne wzory. „Wyglądają jak
rysunki ześwirowanego więźnia” - pomyślał z przekąsem. Jednak nie przestał
rysować. Po jakimś czasie zaczęły mu wychodzić twory coraz bardziej
przypominające konkretne rzeczy, jak na przykład: piłkę, puchar, bransoletkę.
Zanim D'jok się obejrzał, cała ściana w zasięgu jego ręki była już zarysowana.
Chłopak odsunął się na odległość kilku kroków, by podziwiać swoje dzieło. Widok
by go z lekka przeraził, gdyby był w normalnej sytuacji. Jednak teraz wiedział,
że to co ma przed sobą to nic innego jak jego emocje. Rysując, dał im upust.
„No proszę, może powinienem zrezygnować z kariery piłkarza i zostać malarzem?”
- pomyślał z przekąsem. Zaśmiał się ze swojego żartu. Niestety, mimo wszystko
złe emocje go nie opuszczały. Spojrzał na chleb, który trzymał w ręku. „Cóż za
przydatną cegiełkę mi dali. Jaki miło, że oni o mnie myślą.” D'jok zamachnął
się i z całej siły rzucił pieczywem o przeciwległą ścianę. Chleb odbił się i z
głuchym uderzeniem upadł na podłogę. Piłkarz zaśmiał się nerwowo i usiadł pod
ścianą naprzeciwko drzwi. Zaczął bębnić palcami po kolanach, potem po podłodze.
Położył się, następnie podniósł. Wstał, przeszedł się w tę i z powrotem. Usiadł
po turecku pod ścianą. Spojrzał w górę, potem w dół. Położył się na plecach,
podniósł nogi do góry i zrobił rowerek. Zaśmiał się nerwowo, po czym zgiął
kolana, a stopy postawił na ziemi. Przewrócił się na bok, potem znowu.
Przeturlał się pod drzwi, a następnie wrócił. Znów się nerwowo zaśmiał. Usiadł
z powrotem, oparł się plecami o ścianę i odchylił głowę do tyłu. Po chwili
jednak ją opuścił.
Usłyszał dźwięk otwieranych drzwi. Zaskoczony uniósł głowę i
zobaczył robota. Przez moment był tak zdziwiony, że zastygł w bezruchu. Po
chwili robot bezpardonowo podniósł
chłopaka do pionu i brutalnie pociągnął za sobą. Piłkarz, zdezorientowany, nie
protestował. Wciąż oszołomiony patrzył jak robot zakuwa mu ręce na plecach w
kajdanki, wyprowadza z celi i ciągnie korytarzami. Po jakimś czasie wyszli na
most, gdzie czekał na nich Bleylock, obok którego stał kolejny robot. D'jok na
widok największego wroga swojego ojca wzdrygnął się, a jego ciało przeszył
promień strachu, który zagnieździł się w sercu i umyśle. „Nie myśl o tym, nie
myśl o tym” - skarcił się w myślach i próbował zachować obojętny wyraz twarzy.
Robot podprowadził go do Bleylocka, który powitał go złowrogim uśmieszkiem.
D'jok zaś odpowiedział mu hardym spojrzeniem. Jednak nie mógł długo wytrzymać
patrzenia na swojego wroga, więc przeniósł wzrok na budynek przed sobą.
Bleylock zrobił to samo. D'jok zastanawiał się po co wróg jego ojca kazał go tu
sprowadzić. Nie musiał długo czekać na odpowiedź. Po jakichś pięciu minutach
czekania z budynku naprzeciwko wyłonił się Sonny z opaską na oczach i pudełkiem
w ręku, które były połączone kajdankami. Tuż za nim postępował Baldwin. Współpracownik
Bleylocka zdjął piratowi opaskę z oczu, a Sonny wycelował palec w swojego wroga
i powiedział:
- Masz mnie Bleylock, puść mojego
syna!
- Chwileczkę Blackbones,
chwileczkę… - powiedział generał Technoidu. – Najpierw chcę zobaczyć metafluxa.
Sonny podszedł do przodu, za nim
krok w krok postępował Baldwin. Pirat przyklęknął na prawe kolano, odpiął
kajdanki, po czym uniósł pudełko, wcisnął odpowiednie przyciski na bokach i
pokrywa zniknęła. Ukazał się metaflux, a Sonny wyciągnął ręce w stronę
Bleylocka, który nie czekając ani chwili przywłaszczył sobie wynalazek.
- Nareszcie – powiedział,
zapatrzony w swoją zdobycz.
W tym momencie D’jok nie
wytrzymał:
- Dlaczego wróciłeś? Nie musiałeś…
– te słowa skierowane były do Sonny’ego.
- Dopiero cię odnalazłem. Nie
mogę cię stracić. Tak jak twoją matkę.
D’jok poczuł jak robi mu się
ciepło na sercu i mimowolnie uśmiechnął się lekko. Lecz zaraz to uczucie
zniszczył Bleylock.
- Proszę, wzruszające – rzekł z
ironią.
- Puść nas Bleylock! Masz czego
chciałeś – nie wytrzymał przywódca Piratów.
- Spokojnie Blackbones – generał uśmiechnął
się chytrze. Sonny zmarszczył brwi. – Jesteś mi bardziej potrzebny niż myślisz.
Brać go! – rozkazał Bleylock, wskazując palcem w stronę pirata. Jeden z robotów
ruszył w jego stronę.
D’jok poczuł jak zaczyna się w
nim gotować, a jednocześnie oblewa go zimny pot.
- Zdrajca! – zwrócił się wściekły
do Bleylocka. – Obiecałeś!
- Obiecałem cię puścić i właśnie
to robię – odpowiedział niewzruszony generał. – Jednakże – spojrzał na D’joka z
błyskiem w oku. – Jeśli chcesz jeszcze zobaczyć swojego ojca, musisz być
lojalny – rzekł z naciskiem na ostatnie słowo, pochylając się lekko.
- Nie słuchaj go D’jok! –
krzyknął Sonny, odprowadzany już przez robota. D’jok spojrzał w jego stronę i
poczuł jak serce mu się kraja. – Nie martw się o mnie. Wydostanę się stąd!
Chłopak spuścił głowę, żeby
Bleylock nie zobaczył łez, które napłynęły mu do oczu. Smutnym wzrokiem patrzył
za odprowadzanym ojcem. Po chwili podjął decyzję.
- Co mam zrobić? – spytał
pokonany spuszczając mocniej głowę.
- Zupełnie nic, spraw tylko, żeby
Snow Kidsi przegrali w finale.
D’joka aż zamurowało. Odwrócił
się do Bleylocka.
- Ale… - zaczął.
- Jesteś najlepszy. Jeżeli
zagrasz źle – stwierdził generał unosząc palec wskazujący do góry. - nie pokonacie Shadowsów.
- Ale… to moi przyjaciele, liczą
na mnie. Nie zrobię tego! – rzekł zacięcie D’jok.
- W takim razie stracisz swojego
ojca – Bleylock postawił sprawę jasno. – Wybór należy do ciebie.
Chłopak otworzył szerzej oczy ze
zdumienia i strachu. Jednak Bleylock przestał już się nim interesować, tylko
machnął na robota, który po raz kolejny bezpardonowo pociągnął D’joka za sobą. Chłopak
zamknął oczy, a gdy je znowu otworzył ujrzał ciemność, co go na chwilę
zdezorientowało, po czym uświadomił sobie, że po prostu Baldwin zawiązał mu
opaskę na oczach. Okazało się, że to było zbędne, gdyż D’jok całą drogę był
jakby nieobecny duchem. Jego umysł był otępiały z nadmiaru wrażeń. Po jakimś
czasie robot rzucił nim o ziemię i chłopak zaliczył mocne zderzenie z gruntem.
Robot rozkuł go i odszedł. D’jok chwilę leżał w bardzo niewygodnej pozycji, po
czym przewrócił się na plecy i zdjął opaskę. Zamrugał od nadmiaru światła i
jęknął. Gdy już się przyzwyczaił, patrzył tępo w górę i nie miał zamiaru
wstawać. Po paru minutach jednak zmienił zdanie i ostrożnie się podniósł. Przez
chwilę chwiał się na nogach, a gdy się już ustabilizował, podszedł parę kroków
do przodu i spróbował zorientować się gdzie jest. Rozejrzał się i stwierdził,
że znajduje się w jakiejś uliczce. Ruszył do przodu, na wszelki wypadek wodząc
ręką po ścianie. Wszystko dopiero powoli do niego docierało. Po jakimś czasie w
pełni uświadomił sobie co się stało i upadł na kolana. Ukrył twarz w dłoniach i
zaczął płakać. On został uwolniony, tak, to prawda. Za to jego ojciec,
poświęciwszy się dla niego, został pojmany. Czy gdyby o tym wiedział i tak by
przyszedł? „Przestań!” – krzyknął na siebie w myślach D’jok. Uniósł głowę i
podświadomie cieszył się, że nie widzi w tej chwili swojego odbicia. Ostrożnie
wstał i ruszył dalej, nadal trzymając się ściany. „Co ja narobiłem?” – myślał. –
„To wszystko moja wina! Gdybym nie… gdybym nie…” D’jok właściwie nie wiedział
czego nie powinien był robić, by tak się nie stało, jednak to nie przeszkadzało
mu się obwiniać. Znowu zaczął rzewnie płakać, lecz tym razem nadal idąc.
Spojrzał przed siebie rozmazanym przez łzy wzrokiem. „To moja wina” – te słowa
odbijały się echem po jego czaszce, wysyłając do serca impuls z wiadomością „cierpisz”.
Ból psychiczny znowu zamienił się w ból fizyczny, przenikając każdy zakątek
jego ciała. Najbardziej cierpiało jednak jego serce. Każde uderzenie wywoływało
u D’joka ból, który rozchodził się po ciele, trafiając zarówno do mięśni jak i
do mózgu oraz wyciskał łzy. D’jok przystanął. „Chłopie, co ty wyprawiasz?” –
pomyślał. – „Nie możesz w takim stanie pokazać się drużynie!” Chłopak przełknął
ślinę i otarł łzy wierzchem dłoni. Wziął głęboki oddech i wyprostował się. Uniósłszy
głowę do góry, zaczął iść do przodu. Wykorzystując swój umysł próbował
zmniejszyć ból fizyczny, który po jakimś czasie powrócił do swojego pierwotnego
stanu: bólu psychicznego. D’jokowi było to na rękę, bo stwierdził, że ból
psychiczny łatwiej ukryć. Przygotowywał się przecież na spotkanie z drużyną. „Którą
masz zdradzić” – przemknęło mu przez myśl. D’jok zacisnął szczęki i pięści, ale
nie stanął. Po chwili wyjrzał zza rogu jednej z bocznych uliczek, którymi szedł
i stwierdził, że jest już stosunkowo niedaleko hotelu. Wziął parę głębokich wdechów
i kontynuował podróż. Szedł sztywno, usiłując zdusić rewolucję w swoim umyśle.
Czasem mu się udawało, lecz już po chwili wybuchały powstania, które wbrew pozorom
nie tak łatwo było uciszyć. D’jok przeżywał istny szok, gdy słyszał niedaleko
siebie śmiechy. „Jacy oni są szczęśliwi” – pomyślał z niedowierzaniem. Mu
niestety to szczęście zostało przedwcześnie zabrane. Mógł nadal cieszyć się z
gry, śmiać się wraz z przyjaciółmi, być
szczęśliwym. Ale nie, Bleylock musiał oczywiście wszystko zniszczyć. Musiał
zdusić radość z odnalezienia ojca, więżąc go. D’jok wiedział, że teraz nawet
piłka nie da mu szczęścia – będzie mu za to przypominała o zdradzie, której
niedługo miał zamiar dokonać, w próbie ratowania ojca. Wiedział, że tylko on
może mu pomóc. On i nikt inny. D’jok poczuł jak wilgotnieją mu oczy, więc
szybko przełknął ślinę i wziął kolejny głęboki oddech. Nie, nie da się. Nie
pokaże jak bardzo cierpi. D’jok nagle przystanął i zadarł głowę do góry.
Otworzył szerzej oczy ze zdumienia. Stał przed hotelem Snow Kids. Jak on tam
doszedł tak szybko? D’jok nie miał pojęcia. Pomyślał, że pewnie zrobił to podświadomie.
Chłopak spojrzał przed siebie na wejście. Wreszcie, na miękkich nogach, wszedł.
Lekko zdezorientowany szedł przed siebie, wsiadł do windy i dotarł na piętro
Snow Kids. Odetchnął parę razy głęboko i ruszył w kierunku świetlicy. Był
pewien, że tam ich znajdzie. Kto jak kto, ale Micro Ice na pewno się
zorientował, że go nie ma. Gdy był już niedaleko, usłyszał głos Thrana i poczuł,
jak nogi się pod nim uginają. Jednak teraz nie było już odwrotu. Szedł hardo
dalej, a gdy był już blisko usłyszał głos Mei:
- … Micro Ice ma coś do
powiedzenia.
- Już mówię. D’jok zniknął – syn
przywódcy Piratów usłyszał głos przyjaciela. W tym momencie był już u wejścia,
więc oparł się o framugę, włożył ręce do kieszeni i spróbował przywołać wesoły
wyraz twarzy.
- Co?! – zawołała reszta unisono,
nie zauważywszy jeszcze obecności D’joka.
- Prawdopodobnie został porwany –
kontynuował Micro Ice. D’jok stwierdził, że w tym momencie może zareagować.
- To bardzo ciekawe co mówisz
Micro Ice – rzekł, starając się brzmieć wesoło.
Wszyscy spojrzeli w jego stronę,
niektórzy z lekka zdezorientowani. Mei i Micro Ice, którzy do tej pory stali do
niego plecami, również się obrócili.
- D’jok? – zdziwiła się,
widocznie szczęśliwa, Mei. D’jokowi serce zabiło szybciej.
- D’jok? – Micro Ice także się
zdziwił. - Ale… gdzie byłeś? – w jego głosie wyczuwało się ulgę.
- Nie mogę ruszyć się bez ciebie?
O ile wiem, nie jesteśmy małżeństwem – zażartował D’jok.
- Jesteśmy zgodni w tym temacie –
stwierdził rozbawiony Thran.
- Hahaha, bardzo śmieszne – Micro
Ice, który obrócił się do Thrana, widocznie nie docenił takiego poczucia
humoru.
D’jok jeszcze przez chwilę, szczęśliwy,
przyglądał się przyjaciołom. „Za parę dni ich zdradzisz” – zabrzmiało w jego
umyśle. Chłopak spuścił głowę.
- Pójdę do siebie – powiedział,
mrugając do nich. Następnie, z dłońmi w kieszeniach, ruszył w stronę swojego
pokoju.
Gdy wreszcie doszedł, położył się
na łóżku z dłońmi pod głową. Rozmyślał nad ostatnimi wydarzeniami, co sprawiło,
że łzy napłynęły mu do oczu. Patrzył tępo w sufit, wspominając. Po jakimś
czasie zamknął oczy. Wiedział, że te wydarzenia będą go prześladowały przez
bardzo długi czas. Z tą myślą zasnął.
niedziela, 2 listopada 2014
Rozmowa
Heja. :D
Oto mój pierwszy skończony tekst o GF-ie. Mam nadzieję, że się podoba. Tak pod wpływem chwili. :D Przyznajcie, że pasuje. ^^
____________________________________________________________________________________________________________________________________________
Był chłodny, jesienny dzień. Słońce wyglądało co jakiś czas zza chmur, oświetlając kamienne płyty. Ptaki latały od drzewa do drzewa, zachowując jednak ciszę, powszechną w tym miejscu. Powiał chłodny wiatr, zabierając ze sobą liście, walające się na ziemi. Tia opatuliła się szczelniej płaszczem i rozejrzała dookoła. Policzki miała już zaróżowione, a włosy potargane od wiatru. Szła powoli, przysłuchując się cichej rozmowie rodziców, idących lekko z przodu.
- To teraz
jeszcze do moich dziadków, twojej babci i mojego wujka… - mówiła Vanessa.
Collin tylko
przytaknął i obejrzał się na córkę. Tia szła zamyślona za rodzicami,
rozglądając się na boki. Lubiła odwiedzać cmentarz, chociaż przez to miejsce
wpadała w melancholię. Najgorsze dla Tii było patrzenie na groby dzieci oraz jeśli
na nagrobku data śmierci była zbliżona do dzisiejszej. To miejsce skłaniało do
refleksji, nad własnym życiem i nie tylko. Cmentarz był miejscem, w którym…
można coś przemyśleć. Cisza na nim panująca bardzo w tym pomagała.
- Ojej. Tam
siedzi jakiś chłopak. I… on chyba rozmawia z grobem – głos mamy wyrwał Tię z
zamyślenia. Dziewczyna spojrzała w kierunku, w którym patrzyła jej matka i
zmrużyła oczy. Faktycznie, siedziała tam jakaś postać, i chyba coś mówiła. Ta postać
miała rude włosy…
- Masz rację,
kochanie – lekko zmartwiony głos taty, jakby do niej nie dotarł.
Tia
przyjrzała się jeszcze raz postaci. Wyglądała jakoś znajomo… Dziewczyna
pobladła. Ona znała tego chłopaka.
- No cóż,
nie mamy wyjścia, musimy tam podejść. Może się zorientuje…
- Mamo – Tia
przerwała wywód Vanessy, która od razu na nią spojrzała. – Ja znam tego
chłopaka – dodała ciszej.
- Znasz? –
Collin niedowierzał. - To kto to jest?
- D’jok –
powiedziała niemal szeptem Tia.
Jej rodzice spojrzeli
po sobie. Tak, znali D’joka. Prawie tylko z widzenia, może ze dwa razy z nim
rozmawiali, ale znali. Tia za to wiedziała o nim więcej, może i nie była z nim
zbyt blisko, ale zobaczenie go rozmawiającego z grobem z pewnością musiało być dla
niej swego rodzaju szokiem. Collin podszedł do swojej córki i położył jej rękę
na ramieniu.
- Musimy tam
podejść, Tia – powiedział cicho.
Dziewczyna
przytaknęła. Powoli ruszyli w stronę D’joka. Chłopak chyba zorientował się, że
idą, bo zamilkł i tylko patrzył się na nagrobek. Cicho przeszli obok niego i
zaczęli krzątać się przy grobie dziadków Vanessy. Wyjęli dwa znicze, zapalili
je i postawili po obu stronach grobu. Odmówili wspólnie modlitwę za zmarłych i
Collin pochylił się by sprzątnąć zużyte wkłady. Tia przez prawie cały czas
miała oczy utkwione w D’joku. Cokolwiek robili jej rodzice, ona patrzyła na
chłopaka i zastanawiała się co on tu robi. W końcu odważyła się spojrzeć na
nagrobek.
Delphina Blackstone
Żyła lat 25
Zm. 23 V 3005
Pokój jej duszy
Tii zabrało na chwilę oddech, a w oczach pojawiły się łzy. „To pewnie jego matka” – pomyślała. Kątem oka zauważyła, że jej rodzice zbierają się do odejścia. I w tym momencie D’jok ją zauważył. Ich spojrzenia spotkały się i rudowłosy uśmiechnął się do niej ciepło. Niepewnie odwzajemniła uśmiech. Wtedy właśnie coś ją tchnęło i zanim zdążyła się powstrzymać, podeszła do kolegi.
- H-Hej D’jok
– przywitała się drżącym głosem i skrępowana odgarnęła kosmyk białych włosów za
ucho.
-Witaj Tia –
odpowiedział miękko rudowłosy. – Co tutaj robisz?
- A,
przyszłam z rodzicami odwiedzić groby…
- Rozumiem.
Chyba musisz już iść? – stwierdził D’jok, zerknąwszy za jej plecami na
czekających rodziców.
Tia
odwróciła się na chwilę i przytaknęła:
- Ch-Chyba
tak. To… do zobaczenia.
- Do
zobaczenia na treningu! – D’jok kolejnym ciepłym uśmiechem pożegnał Tię i
wrócił do patrzenia na nagrobek.
Dziewczyna uniosła
lekko kąciki ust, po czym odwróciła się i na miękkich nogach podeszła do
rodziców. Przez chwilę szli w ciszy, aż w końcu Vanessa przemówiła:
- Ehm, tak,
no cóż. To teraz jeszcze do babci i wujka…
Tia jednak
nie słuchała już matki. Do końca dnia myślała o D’joku.
***
Następnego dnia Tia, około południa, wyszła z domu. Zamyślona szła tą samą drogą, którą wczoraj przemierzała z rodzicami. Była zdeterminowana, by pójść tam jeszcze raz. Nie była pewna czy go tam zastanie, jednak wiedziała, że jeśli nie spróbuje, to będzie ją to męczyć przez bardzo długi czas. Obawiała się tego spotkania. Jednak mimo wszystko przeszła przez bramę cmentarza i skręciła w kierunku bocznej alejki. Po chwili przystanęła. Jednego nie przemyślała – jak ona tam trafi? Stwierdziła, że spróbuje powtórzyć trasę, którą wczoraj przemierzyła z rodzicami. Poszła w kierunku pierwszego grobu, rozglądając się na boki. „Niee, chyba przeszłam” – stwierdziła i zawróciła się. Po jakimś czasie zauważyła znajome nazwisko. Podeszła tam i przez chwilę stała przy grobie. Potem rozejrzała się i ruszyła w kierunku kolejnej „pozycji”. Tym razem trafiła bez problemu. Jednak do następnych grobów już nie było jej tak łatwo dotrzeć. Błądziła z dobre pół godziny. W końcu wyruszyła w stronę grobu pradziadków. Rozglądała się w poszukiwaniu rudej czupryny. „Niee, to bez sensu. Przecież może go tam nie być” – skarciła się w myślach. Chodziła w kółko jakieś dziesięć minut, po czym zrezygnowała.
- Widać
szczęście mi dziś nie dopisało – mruknęła.
Rozejrzała
się jeszcze raz dookoła i ruszyła w drogę powrotną. Na głównej drodze obróciła
się ponownie i… wtedy go zauważyła. Tak, to z pewnością ta ruda czupryna. Na
miękkich nogach Tia zaczęła powoli iść w jego stronę. Już z tej odległości
słyszała jego cichy głos. Zbliżała się coraz bardziej, a on nadal jej nie
zauważył. „Nie słuchaj go, nie słuchaj go” – powtarzała sobie w myślach Tia.
Rudowłosy zamilkł na chwilę i pogrążył się najpewniej w kontemplacji. Tia
przystanęła obok niego.
- Cz-Cześć D’jok
– powiedziała cicho, niepewnie.
D’jok
podniósł na nią swój lekko zdziwiony wzrok.
- Tia. Co ty
tu robisz?
- J-Ja… -
zaczęła dziewczyna. – No, ten, tego. Przyszłam, bo… zastanawiałam się, czy…
dlaczego… po co… Zastanawiałam się, czy tu będziesz – zdołała w końcu wyjąkać.
Rudowłosy
przyglądał jej się przez chwilę w milczeniu, wprawiając ją tym w zakłopotanie.
Po chwili podsunął się na ławce i klepiąc miejsce obok siebie, powiedział:
- Chodź,
usiądź.
Tia
posłusznie usiadła obok kolegi i razem zaczęli wpatrywać się w nagrobek. Po
jakimś czasie Tia niepewnie przerwała milczenie.
- To… To
twoja matka, prawda? – spytała cicho.
D’jok
przytaknął.
- Często tu
przychodzę odkąd Maia pokazała mi, gdzie leży. Wcześniej jej nie odwiedzaliśmy,
Maia przychodziła sama. Nie chciała, żebym wiedział…
- Maia nie
powiedziała ci, gdzie leży twoja matka? – zdziwiła się Tia.
D’jok
pokręcił przecząco głową.
- Nie
powiedziała mi nic o moich rodzicach. Zrobiła to dopiero niedawno – trochę przed
pucharem.
Tia zdziwiona
milczała. Tym razem to D’jok przerwał milczenie.
- Często z
nią rozmawiam. Jednak staram się nie obarczać jej moimi problemami – nie potrzebuje
ich. Gdzieś czytałem, żeby tak nie robić. Moimi problemami obarczam Maię, jeśli
już – cicho się zaśmiał. – Ona mi doradzi, a moja mama, no cóż, chyba z lekka
nie może.
Przez chwilę
panowało pomiędzy nimi milczenie.
- Nawet ich
nie znałam – powiedziała nagle Tia. D’jok spojrzał na nią, a potem podążył za
jej wzrokiem – patrzyła na nagrobek swoich pradziadków. – Nawet nie wiem, czy
to dobrze, czy to źle.
- To dobrze –
stwierdził D’jok, a gdy dziewczyna spojrzała na niego pytającym wzrokiem,
wyjaśnił. – Maia mi kiedyś tak powiedziała, gdy ją o to spytałem. Powiedziała
mi, że dobrze jest pamiętać, ale nie tęsknić. Pamiętać w sensie, że wiedzieć,
że byli i kim byli.
Tia pokiwała
głową, ale nic nie powiedziała. Po kolejnych minutach ciszy, stwierdziła cicho:
- Nie wiedziałam,
że twoja mama tu leży.
- Każdy ma
swoje tajemnice – odparł D’jok.
- To znaczy?
- To znaczy,
że każdy ma coś o czym nie mówi.
Tia musiała
się z nim zgodzić. Każdy miał coś, czym nie chciał się z nikim dzielić. Wolał
to zachować dla siebie i mierzyć się z tym sam. Tia zauważyła, że grób Delphiny
jest podwójny, więc spojrzała na nagrobek obok i aż drgnęła.
- Co się
stało? – zapytał D’jok.
Tia nic nie
powiedziała, tylko wskazała na nagrobek. D’jok spojrzał i zrozumiał. On też nie
lubił na to patrzeć. Na płycie było napisane:
I’son Blackstone
Żył lat
Zm.
Pokój jego duszy
- Tak, wiem. Od razu zrobiono też grób dla niego. Na szczęście na razie jest tylko grobowcem.
- T-Tak. Na
szczęście – odparła zszokowana Tia.
Potem oboje
pogrążyli się w kontemplacji. Rozmyślali nad własnym życiem, nad życiem swoich
bliskich i nad przemijaniem. Cmentarz naprawdę skłaniał do rozmyślań. A cisza
na nim panująca bardzo w tym pomagała.
Witam
Hejka hej!
Oto ja - Jess!
Będą tu zamieszczane posty w postaci, najczęściej, opowiadań związanych z kreskówką Galactik Football. Mam nadzieję, że znajdą się tu jacyś fani tej kreskówki i nie tylko. :) Nie obiecuję, że poty będą często, jednak mam nadzieję, że i tak znajdą się jacyś czytelnicy, którzy będą mnie wspierać. :) Będą tu zamieszczane pojedyncze opowiadania jak i ciąg opowiadań.
Na razie to wszystko. :)
Do napisania! ;*
Oto ja - Jess!
Będą tu zamieszczane posty w postaci, najczęściej, opowiadań związanych z kreskówką Galactik Football. Mam nadzieję, że znajdą się tu jacyś fani tej kreskówki i nie tylko. :) Nie obiecuję, że poty będą często, jednak mam nadzieję, że i tak znajdą się jacyś czytelnicy, którzy będą mnie wspierać. :) Będą tu zamieszczane pojedyncze opowiadania jak i ciąg opowiadań.
Na razie to wszystko. :)
Do napisania! ;*
Subskrybuj:
Posty (Atom)

